Stojąc na brzegu klifu czułem powiew wiatru, który mierzwił moje futro. Odetchnąłem głęboko i uniosłem łeb. Cofnąłem się o kilka kroków, przykucnąłem, wziąłem rozbieg i skoczyłem. Lot był krótki, trwał najdłużej 2 sekundy. Będąc pod powierzchnią wody zanurkowałem głębiej, po czym wynurzyłem głowę. Usiadłem na mokrym kamieniu i wpatrzyłem się w taflę. Gdy jeden z ''kamieni'' przede mną poruszył się szybko machnąłem łapą w jego stronę, przy czym wbiłem w niego swoje pazury. Z czterech maleńkich dziur pociekła krew. Podniosłem łapę i dokładnie obejrzałem rybę z każdej strony, po czym wrzuciłem ją do własnego pyska. Po posiłku wyszedłem z wody i otrzepałem się. Kamienistą ścieżką ruszyłem w stronę mojej jaskini. Mogłem oczywiście użyć mocy, ale stwierdziłem, że świeże powietrze dobrze mi zrobi. Stanąłem przed wejściem do niewielkiej, skalistej groty. Czyżbym coś słyszał? Potem pomyślałem, że to pewnie jedna z sąsiadek. Jednak przekraczając próg jaskini usłyszałem ciche gwizdanie i kroki za mną. Odwróciłem się i oto przed moimi oczami stanęła wadera o różowej sierści. W życiu takiej nie widziałem, aż raziło w oczy. Wadera zatrzymała się obok mnie.
- Co tak patrzysz? - Spytała.
- Po to mam oczy. - Odpowiedziałem przewracając oczami. - Jestem Cole.
Wyciągnąłem łapę.
- Arisa, alfa watahy.
Chciałem o coś jeszcze zapytać, ale całkowicie zapomniałem, gdyż usłyszeliśmy przeraźliwe jęki dochodzące zza drzew.
<Ariso? :D>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz